Nie ma się co dziwić, skoro tak prezentował się sektor najbardziej zagorzałych fanów Herthy. Po drugiej stronie goście, czyli Borussia w niemniej okazałej liczbie. Pomiędzy nimi, mieszanka kibicowska. Łącznie te trzy grupy to ponad 71 tysięcy głów. Doping jak na taką liczbę bardzo słaby. W Polsce większą jazdę potrafi zrobić grupa mniejsza o kilkadziesiąt tysięcy, ale i tak nie jeden piłkarz miałby nogi z waty gdyby wyszedł na murawę przy takiej publiczności.
Sam mecz nie należał do super widowisk. Na nasze szczęście po bramce Grosskreutza, BvB wygrywa 1:0. Trzeba dodać, że wkład przy tej bramce mieli Kuba i Lewandowski. Ten pierwszy dośrodkował, strzał Lewego sparował na poprzeczkę bramkarz Herthy, a piłkę dobił efektowna przewrotką wspomniany Grosskreutz.
Wieczorem zabraliśmy się za zwiedzanie, które trwało aż do południa w niedzielę. Berlin to na prawdę piękne miasto, z bogatą historią, o której można by pisać na prawdę długo. Zachęcać do zwiedzania również nie zamierzam. Wiem jedynie tyle, że ja jeszcze się tam wybiorę na dłużej niż dwa dni i poczekam w kolejce na wieżę telewizyjną te kilka godzin, dla tego widoku.
Z trybun schodziliśmy jako jedni z ostatnich. Nie tylko po to aby podziwiać Olympiastadion, ale także dlatego, że zbieraliśmy plastikowe kubki z podobiznami piłkarzy. Fanami Herthy nie jesteśmy, ale oddając w okienku taki kubek, dostawało się 2 Euro. Tym typowo polskim sposobem, część kasy wydanej na bilet się zwróciła :)